gemini generated image a15ntqa15ntqa15n

Pół godziny, w której jesteś.

Pochwala bezczynności

 

Nareszcie w domu.
Hałas dnia zatrzaśnięty za drzwiami.
Ciepły odcień popołudnia leniwie zsuwa się po meblach.
Nikt niczego nie chce, nic nie musi robić.
Z impetem wtapia się w ulubiony fotel.
Czuje tę błogość – jest miło, ale po chwili robi się nieco dziwnie.
Cisza niemym krzykiem zaczyna oblepiać jej ciało.
Co teraz? Co z resztą wieczoru?
Fotel zaczyna generować dyskomfort, odczuwa lekki niepokój.
Słuchawki na moment załatwiają sprawę.
Ale właśnie… Playlista czy podcast (?)
Pierwsze przyjemne – drugie pożyteczne.
A może jednak książka, którą miała przeczytać?
Leży na szafce nocnej i woła ją krzykliwą okładką, już od tygodnia.
Dobra! Na czytanie nie ma już dziś siły, słuchania też ma dość po pracy.
No to spacer. Rzut oka na aplikację – brakuje jeszcze trzech tysięcy, żeby dobić do mitycznej sumy dziesięciu tysięcy kroków.
Wychodzi, maszeruje, zegarek odlicza: tysiąc, tysiąc pięćset, ale nogi mówią swoje.
Wraca lekko zirytowana do domu.
Cel nie został osiągnięty, ale najważniejsze, że relaks odhaczony. 

Znasz to uczucie?
Ten moment, w którym pustka i brak zewnętrznych bodźców zaczynają uwierać mocniej niż najcięższy dzień w pracy?
Gdy Twój wewnętrzny głos krzyczy, że marnujesz czas, a tak wiele rzeczy czeka, by coś z nimi zrobić.
Odruchowo zaczynasz konstruktywnie zagospodarowywać ten stan – oglądanie, słuchanie, czytanie, spacer wg planu.
Mózg lewituje w ciągłej aktywności, nie schodząc z trybu procesowego.
A co by było, gdybym Ci powiedziała, że możesz po prostu położyć się na dywanie i bezmyślnie patrzeć w sufit. Słuchać szumu gotującej się wody i nic nie robić.
Być zupełnie bezużytecznym dla świata przez pół godziny lub nawet dłużej.
Pozwolić sobie poczuć ciszę i dotknąć czystej pustki, w której wraca spokój.

Przez ostatnie lata karmiliśmy się zachwytem nad różnymi formami kontemplacji uważnego odpoczynku. Uczyliśmy się np. duńskiego hygge. Otulaliśmy w wełniane koce i w blasku świec pachnących cynamonem, parzyliśmy herbatę, która potem trafiała do estetycznie dopieszczonych kubków. Tworzenie przytulności stało się jednak bardziej konstruktem estetycznym niż czystym doświadczeniem – kolejnym zadaniem do odhaczenia, wygenerowania odpowiedniego nastroju, zrobienia ładnej formy relaksu.
Tymczasem układ nerwowy nie potrzebuje tak naprawdę  idealnego kadru i ultra dopieszczonej otoczki.
To czego najbardziej potrzebuje, to czysta pauza. Znajdzie ją w spokoju i harmonii otoczenia, ciszy poranka i właśnie w bezczynności, której tak bardzo dziś się boimy.
Ta bezczynność jest podobna do włoskiego dolce far niente, tyle że niekoniecznie z tym stanem upojenia słodyczą, wynikającą z nicnierobienia, a bardziej w holenderskim stylu surowego niksen, które dosłownie oznacza: robić nic. Bez świeczek, bez książki w dłoni, bez intencji i bez poczucia winy.
To po prostu świadome wyłączenie systemu – bezużyteczność w najczystszej postaci.
Gapienie się przez okno, kiedy uciekają minuty / Obserwowanie, jak plama światła przesuwa się po podłodze / Słuchanie deszczu bez analizowania swoich emocji.

I nie jest to wcale marnowanie czasu. Kiedy dajesz sobie do tego prawo, w Twoim mózgu uruchamia się sieć aktywności bazowej (DMN). Stan, w którym głowa wreszcie ma szansę zrobić porządki, poukładać wspomnienia i domknąć emocje. Zrobić reset systemu i ustawień – wyczyścić procesy, a czasem – paradoksalnie – wpaść na coś genialnego.
Twój umysł dostaje wtedy potrzebną ciszę, a ciało sygnał: jesteś bezpieczny/-na, świat przez chwilę poradzi sobie bez Ciebie, możesz spokojnie oddychać.

W  gruncie rzeczy to też najczystsza forma medytacji.
Bo często wydaje nam się, że medytacja wymaga wysiłku – specjalnej pozycji, techniki, walki z napływającymi myślami. Że musi być ładna w formie, czyli stanowić kolejny reżim dla – i tak już zmęczonego – umysłu. To wszystko ładnie wygląda i fajnie się klika, ale tak naprawdę najwyższa forma medytacji, to kontemplacja danej chwili, dziejąca się bezwiednie. Gdy pozwalasz sobie na całkowite zapomnienie umysłowe i spontaniczne rozpłynięcie w stanie, w którym akurat jesteś – w czynności, którą wykonujesz. W tym, na co patrzysz w danej minucie – bez analiz i myśli.
Gdy zlewasz się swoim istnieniem z otoczeniem.
Twoje „ja”, Twoje plany, role i lęki tracą wtedy ostre krawędzie. Stajesz się jednym z dźwiękiem zegara, z fakturą fotela pod plecami i miękkością poduszki pod głową, z ciepłem popołudnia na policzku. Bezwiednie, bezcelowo, bezpiecznie.

Może więc dzisiaj będzie ten dzień, w którym zamiast tej całej pogoni za produktywnym relaksem, przeliczonym na efekt, pozwolisz sobie na luksus takiego właśnie niksen?
Dasz sobie prawo do nieprocesowania, do czystej bezmyślności i po prostu rozpłyniesz się w tym, co Cię otacza i dociera do Twoich zmysłów?
Twój umysł na pewno podziękuje Ci za to, a Ty sam/-a może głębiej poczujesz, jak to jest uczestniczyć w czymś większym.

 

© 2026 Anna Policht-Książek. Wszystkie teksty na blogu są chronione prawem autorskim. Jeśli chcesz skorzystać z moich treści lub je zacytować, zapraszam do kontaktu.

 

Tagi: Anna Policht, Anna Policht-Książek, psychologia blisko codzienności, psycholog Kraków, psychologia odpoczynku, psychosomatyka, nicnierobienie, reset umysłu, spokojny układ nerwowy, niksen, hygge, dolce far niente, pułapka produktywności, przebodźcowanie, podaruj sobie spokój, cisza umysłu

Udostępnij
error: Content is protected !!