Spektakl jednego aktora, który uwierzył we własne oszustwo
Sala powoli zapełniała się twarzami – niektóre z nich znała bardzo dobrze.
Stojąc przed audytorium, nerwowo odpowiadała na powitalne gesty, ale z każdą kolejną osobą robiło jej się coraz bardziej duszno.
Usiadła bokiem na miejscu dla prelegentów. Najlepiej będzie na nikogo nie patrzeć.
Starannie wyprasowana, ulubiona koszula zaczynała niewygodnie uwierać, rozpięła jeden guzik i wzięła głębszy oddech.
Dłonie na spódnicy zaczęły bezwiednie pracować.
Ukradkiem spoglądała na coraz szczelniej wypełniającą się salę, a w jej głowie coraz mocniej dochodziła do głosu myśl:
Co ja tutaj robię?
Dźwięk jej imienia i nazwiska, grzmiący z głośników wyrwał ją z letargu.
Wstała. Wolnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę mównicy, ale jej nogi tym razem nie chciały współpracować. Powolnym krokom towarzyszyła zacięta dyskusja myśli.
– Głowa do góry, dasz sobie radę.
– A co, jeśli zaskoczy mnie jakieś pytanie?
– Nie stresuj się, oddychaj. Wdech… wydech…
– Jezu, nie chcę tu być! Uciekaj stąd! Oni cię zagryzą.
– Proszę, uspokój się. Musisz zaczynać…
Poprawiła bluzkę i z uśmiechem przywitała przybyłych:
– Dzień dobry Państwu, serdecznie dziękuję za zaproszenie…
Wypowiedź zaczęła powoli płynąć. W ciele topniał niepokój. Z każdym kolejnym zdaniem jej nogi odzyskiwały stabilność.
Bo im głębiej była u siebie, w swoich badaniach i pracy, tym bardziej otoczenie traciło dla niej ostre kontury, stawało się jak gęsta, niewyraźna plama, a ona przestawała myśleć o tym, że ktoś z tłumu tylko czeka na jej potknięcie, że któregoś dnia ktoś wstanie z krzesła i z wyciągniętym w jej stronę palcem zacznie krzyczeć, że to wszystko nieprawda.
A potem były gratulacje i pochwały, przy których na ogół czuła się zażenowana.
Wszystkie te słowa wydawały jej się ckliwe lub nieszczere. Lekkie politowanie, graniczące z odrazą pomagało jej w takich chwilach odzyskać kontrolę i nie utonąć, w czymś, co mogło być zbyt kosztowne. Czujność na fałsz działała jak prywatny mechanizm obronny – bo jeśli nie wejdzie za daleko, nie będzie tek boleć, gdy któregoś dnia to wszystko straci.
—
Ta scena nie jest odosobnionym epizodem z życia jednej prelegentki.
Często to codzienny, cichy dramat tysięcy osób, które w oczach świata osiągnęły sukces, kompetencje i pozycję, ale wewnątrz siebie nieustannie żyją w poczuciu bycia „rozkodowanym oszustem”.
Syndrom oszusta (imposter syndrome), najczęściej sprowadzany jest w powszechnej narracji do niskiej samooceny lub braku wiary w siebie, ale w głębszej perspektywie psychologicznej nie jest to kwestia nieznajomości faktów z własnego życia czy braku wiary we własną wiedzę. Lęk przed demaskacją – ta cicha panika, że zaraz ktoś wstanie z krzesła, wskaże nas palcem i krzyknie, że to wszystko iluzja, to potężna strategia obronna, ponieważ człowiek, czujący w ten sposób, traktuje swoje osiągnięcia nie jako naturalny rezultat pracy i wiedzy, ale jako zbieg okoliczności, pomyłkę losu lub efekt udanej manipulacji. A skoro sukces jest pomyłką, to każdy kolejny dzień jest tylko odsuwaniem w czasie nieuchronnie zbliżającej się kary, w postaci publicznego zdemaskowania.
Gdzie rodzi się ta porażająca niezdolność do przyjęcia faktycznej prawdy o sobie?
Bardzo rzadko na sali wykładowej czy w pierwszej pracy.
Jej korzenie sięgają wczesnego środowiska i tzw. warunków wejściowych.
Gdy dom rodzinny charakteryzuje się brakiem funkcjonalności – czy to w postaci chłodu emocjonalnego, niestabilności, ukrytej dysfunkcji, czy konieczności wchodzenia dziecka w rolę dorosłego, tzw. parentyfikacji, mały człowiek nie dostaje fundamentalnego przekazu: Masz prawo tu być – jesteś wartościowy i ważny, po prostu dlatego, że jesteś.
W takim środowisku akceptacja jest zawsze warunkowa. Dziecko uczy się, że na bezpieczną przestrzeń trzeba nieustannie zasługiwać. To zasługiwanie może odbywać się na różne sposoby, np. będąc niewidocznym i nienarzucającym się, będąc idealnym i osiągającym najlepsze wyniki – w nauce, sporcie itd., czy to ratując rodziców i biorąc na siebie ich emocjonalny ciężar. Jeśli we wczesnym życiu dbanie o własne potrzeby było traktowane i przedstawiane jako egoizm, a odmienność lub sięganie po swoje wywoływało złość otoczenia, a następnie własne poczucie wstydu – z czasem, w układzie nerwowym powstała niewidzialna matryca: Moje autentyczne JA jest niewystarczające / nadmiarowe / niewygodne, a moja obecność w świecie jest błędem.
Gdy młody człowiek wychowany w takim deficycie dorasta i osiąga pozycję, o której w dzieciństwie nawet nie mógł marzyć, pojawia się głęboki dysonans poznawczy, który realnie uwiera, jak ta koszula bohaterki. Dorosła wiedza mówi: Zrobiłam doktorat / zbudowałam firmę / mam kompetencje. Wczesna matryca cicho szepcze: Jesteś stamtąd / Jesteś nic nie warta / To ci się nie należy / Wzięłaś coś ponad stan. I właśnie wtedy rodzi się przymus odpracowywania swojej obecności i sukcesu. Wpadasz w pętlę udowadniania…
Kompensujesz przez nadmiarowość, dając z siebie 200% w pracy, w relacjach, czy pomocy innym. Nie potrafisz odpoczywać, bo odpoczynek aktywuje lęk, że znowu nie zasługujesz.
Odrzucasz uznanie, bo nie możesz go zaakceptować – jak u bohaterki wstępu – każde słowo pochwały wydaje się ckliwe, fałszywe lub niebezpieczne. Przyjęcie komplementu wymagałoby uwierzenia, że jest się coś wartym, a to odsłoniłoby miękkie podbrzusze. Politowanie, dystans i chłód stają się prywatnym pancerzem ochronnym. Bo jeśli nie wpuścisz nikogo blisko (z jego słowami uznania czy zaangażowaniem), późniejsze odrzucenie, którego się spodziewasz, nie zaboli tak mocno.
Przyciągasz relacje, które podważają Twoją wartość, podświadomie wybierając partnerów lub przełożonych, którzy Cię unieważniają, krytykują lub dawkują uwagę.
Dlaczego?
Bo chłodne, oceniające traktowanie (paradoksalnie) jest dla Twojego układu nerwowego bezpieczne i znane – potwierdza stare przekonanie, że na wszystko trzeba wywalczyć zgodę, że uwaga i uznanie nie są dla Ciebie.
Kiedy wychowujesz się w środowisku, w którym nie ma miejsca dla Twoich marzeń, potrzeb, realnej obecności, wyrastasz w poczuciu nieuprawnienia.
Gdy więc osiągasz sukces (zawodowy, relacyjny, materialny), czujesz się tak, jakbyś ukradł/-a coś, co Ci się prawomocnie nie należy. Aby usprawiedliwić więc fakty i uprawnić swoje miejsce w świecie, musisz dawać z siebie znacznie więcej niż inni, w myśl przekonania, że zwykłą zaangażowaną obecność, sukces zawodowy, szacunek czy szczerą miłość trzeba ciężko odpracować. Godzisz się też czasem na złe traktowanie, bo to podświadomie potwierdza ukryte przekonanie: Nadal muszę udowadniać, że jestem coś warty/-a.
Jak zyskać/ odzyskać prawo do istnienia bez przymusu zasługiwania?
Pierwszym krokiem jest zrozumienie, że syndrom oszusta to echo dawnego lęku przed odrzuceniem.
Kolejnym, przytomna zmiana perspektywy z ciągłego udowadniania kompetencji na uznanie faktu, że miejsce, w którym jesteśmy, jest wynikiem naszej realnej pracy i zasobów. W tym kroku mieści się też ćwiczenie umiejętnego stawiania granic oraz egzekwowanie prawa do pobierania wynagrodzenia, szacunku i obecności, bez konieczności ciągłego składania z siebie ofiary lub pracy za dwoje. Bo nawet jeśli taka dynamika funkcjonowania mogła drenować Cię latami, nigdy nie jest za późno na zmianę i – co ważne – ta zmiana jest możliwa do przeprowadzenia, a Twoje życie i to, co osiągnęłaś/-łeś są tego warte –byś mogła/mógł się z tego cieszyć, z pełnym uznaniem realnej wartości swojej pracy i zaangażowania.
…
© 2026 Anna Policht-Książek. Wszystkie teksty na blogu są chronione prawem autorskim. Jeśli chcesz skorzystać z moich treści lub je zacytować, zapraszam do kontaktu.
Tagi: Anna Policht, Anna Policht-Książek, psychologia blisko codzienności, psycholog Kraków, syndrom oszusta, zgoda na sukces, lęk przed odrzuceniem, mechanizm iluzji i maski, przymus zasługiwania, cena warunków wejściowych, lęk przed demaskacją
