mamo powiedz mi kopia popr

Mamo, powiedz mi jak żyć.

Paradoks bliskiej przyjaciółki

 

Poniedziałek, 8:00. Nieco zaspana wchodzę do gabinetu. Organizuję szybką kawę, uruchamiam komputer, rozciągam plecy na krześle z myślą, że pierwsze 45 minut upłynie spokojnie. Posprawdzam notatki, zerknę do dokumentów, może nawet uzupełnię dziennik. Piętnaście minut później wpada zaniepokojony młody człowiek z pytaniem niecierpiącym zwłoki. Rozmawiamy dłuższą chwilę. Równo z dzwonkiem korytarz wypełnia się hałasem – drzwi otwierają się z hukiem – wrócił w towarzystwie kolegów. Wywiązuje się żywa dyskusja, podczas której kilkakrotnie pada: A co pani o tym myśli?

Wtorek, 9:30. Ktoś puka. On: Czy możemy porozmawiać? Chciałbym się poradzić.  /  Czy to będzie dobrze, jak tak zrobię? Jak pani uważa?

Czwartek, wczesne popołudnie. Idąc korytarzem, widzę, że już czeka pod drzwiami. Nie, nic się nie stało. Chciałem tylko coś pani pokazać, bo nie wiem, co o tym myśleć.
Kolejny tydzień przynosi podobne pytania: Jak pani to ocenia? / Czy to dobrze, czy źle? / Czy to znaczy, że zrobiłem dobrze?
Po tych rozmowach dyskutuję z własnymi myślami. W końcu sięgam po telefon i zapraszam mamę chłopca na spotkanie.
Dwa dni później pojawia się u mnie bardzo sympatyczna, uśmiechnięta kobieta. Rozmawia się z nią fantastycznie. Słucham z uwagą. Z  jej słów płynie matczyna troska. W pewnym momencie padają zdania:

Bo wie pani, ja jestem zdziwiona, że on przychodzi na rozmowy do psychologa. Mamy naprawdę świetny kontakt. Może sam decydować, ma mnóstwo swobody,  bo ja chcę być jego przyjaciółką. Rozmawiam z nim jak z dorosłym i szanuję każdą jego decyzję.

To brzmi pięknie, prawda? Serce rośnie na takie słowa, bo przecież każdy z nas marzył o takim zrozumieniu. Kto nie chciałby mieć tak wyrozumiałego rodzica? Jednak w mojej głowie zapala się mała czerwona lampka. Bo jeśli mama postanawia być „tylko” przyjaciółką dla swojego nastoletniego dziecka, to kto w tym układzie będzie jego matką?

Współczesny świat to morze opcji, w którym można utonąć. Nastolatek, mimo że zaczyna myśleć abstrakcyjnie, nie jest jeszcze gotowy na pełnowymiarową, dorosłą ocenę konsekwencji. Pozostawiony sam sobie z wolnością wyboru, często czuje potworne zagubienie. Szuka bezpiecznej przystani. I zasadniczo nie jest najgorzej, gdy wybiera gabinet psychologa szkolnego zamiast np. destrukcyjnej grupy rówieśniczej. Nie ma jednak nic złego w tym, by w geście miłości rodzicielskiej postawić zdrową granicę czy zdrowo pokierować zachowaniem. Nie jest to brak zaufania, a raczej podarowanie dziecku bezpiecznych ram.

Aktualna rzeczywistość stała się skomplikowana dla nas wszystkich. Dorośli czują presję, by być „najlepszą wersją rodzica” – bezstresową, nowoczesną, zawsze akceptującą. Podczas gdy w tym całym informacyjnym szumie każdemu z nas czasem przydałby się dyskretny nawigator, który ustawi życiowy GPS na optymalną trasę. Bezwarunkowa miłość to bezsprzecznie najlepszy możliwy fundament, jaki rodzic może dać dziecku. Zapewnienie: Cokolwiek zrobisz, nie bój się przyjść do mnie – jakoś to posprzątamy, daje olbrzymie poczucie odniesienia i bezpieczeństwa. Ale w dobie fake newsów, agresywnego marketingu i internetowego szału, nastolatki potrzebują też zasad. Potrzebują kogoś, od kogo mogą się bezpiecznie uczyć świata, a potem odbić i zbuntować.
Pracując w szkole, zdarzało mi się słyszeć od rodziców: Dlaczego on się tak buntuje, przecież ma tyle wolności?
No tak, ale nastoletni bunt to naturalny moment rozwojowy, by ten młody człowiek mógł stać się niezależną jednostką. Separacja jest bolesna dla obu stron, a rodziców często kusi, by zatrzymać ten dziecięcy, beztroski świat i uniknąć bolesnych słów, typu: nienawidzę cię, czy: ty nic nie rozumiesz. Jest w tym też lęk podszyty wątpliwością, na ile jest się dobrym rodzicem, skoro ten młody człowiek się buntuje (jakbyśmy zapomnieli o własnych wybrykach młodości). A tymczasem ten wchodzący w życie młody człowiek ma prawo popełniać błędy, zawalać różne sprawy i – co najważniejsze – oczekiwać dorosłej podpowiedzi.

Powrót do siebie w roli rodzica wymaga dziś odwagi do bycia autorytetem. Ale prawda jest taka, że rodzice to ci dorośli, którzy odrobili już pewne lekcje w akademii życia i mają więcej zasobów, by w tym burzliwym oceanie budzącej się dorosłości, mocno trzymać latarnię – nawet wtedy, kiedy słyszą krzyki, że to światło jest niepotrzebne.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *