opowiesc wigilijna

Szczęście na receptę.

Wigilijna opowieść

 

Święta. Magiczny czas spotkań. Bliscy, rodzina, przyjaciele.
Za każdym razem, kiedy jednak jest już w drodze do domu rodzinnego, im bliżej celu, tym mocniej zaczyna odczuwać niepokój.
Nogi nerwowo wystukują rytm zbliżających się pytań.
Wiadomo jak będzie – najpewniej już od momentu przekroczenia progu.
Festiwal porównań, złotych rad i tych – niby niewinnych – żarcików, podszytych nie wiadomo czym w sumie, bo raczej nie troską.

Dlaczego wciąż jesteś sama? / Masz jakiegoś chłopaka? / To nikt cię nie chce? / Taka ładna dziewczyna jak ty… / Ja w twoim wieku już dawno miałam męża i dzieci. / Marnujesz sobie życie. / Co to za praca. / To miasto cię zepsuło. / Nie możesz być szczęśliwa będąc sama.

Nigdy nie wie jak odpowiadać, by w końcu dali spokój.
Co roku jest gorzej, bo jest starsza, no ale przecież Święta trzeba spędzać z rodziną, więc co ma zrobić.
Zaciska zęby – próbuje jakoś odpowiadać.
Czasem pojawia się jakiś cień złudzenia, że tym razem może będzie inaczej, ale intuicja wie wcześniej i ostrzega tą dziwną nerwowością, płynącą z ciała. 

Wraz z kolejnymi Świętami przychodzi jednak większy spokój.
Pojawia się realna nadzieja. Tym razem to będzie dobry czas – od ponad pół roku ma partnera (i to całkiem fajnego), uwielbia się nim chwalić.
Podróż do domu przebiega w końcu spokojnie, pierwsze rozmowy z bliskimi także.
Wreszcie pojawia się ulga i poczucie: wygrałam – pasujęnie mogą zaatakować.
W duchu myśli więc, że Święta jednak mogą być przyjemne.
Ale przy stole wigilijnym pada to jedno, zepsute zdanie:

No to skoro wreszcie masz kogoś, powinnaś zacząć myśleć o wspólnej przyszłości, masz już swoje lata – zegar tyka”. 

I w tym jednym momencie cała magia Świąt pryska.
Patrząc na ten suto zastawiony stół traci apetyt. Zupełnie, jakby ktoś postawił przed nią talerz z życzliwą wyższością i intencją rodem z biologicznego pogotowia: „Jedz, jedz kochana, bo zaraz wystygnie”.
No tak, pospiesz się, pospiesz, bo wystygniesz – dla niego, dla czasu, który za chwilę odmówi Ci dzieci, bo jesteś już stara, no i dla nas, bo za chwilę nie będziesz do nas pasować. 

Scenariusz prosty jak barszcz świąteczny. Typowa potrawa wigilijna, serwowana zapewne nie tylko w polskich domach. Wyjątkowo gorzka, niezależnie od starań gospodyni. Święta to jednak tylko bardzo plastyczna metafora, która wyraźnie obnaża problem. Bo w tych wyjątkowych okolicznościach, na ogół puszczają wszelkie hamulce taktu i wyczucia – co jest dość paradoksalne, bo to w końcu symboliczny moment narodzin miłości, która miała ludzkość zbawić przed ich ciemnymi stronami. I czasem, zamiast dopieszczać smak potraw, może wystarczyłoby po prostu nie psuć smaku tych spotkań. Nie doprowadzać do bolesnego przeżarcia tym, co jest serwowane, w tych – niepotrzebnych – ocenach i interpretacjach.

Ktoś pewnie powie, że przecież w tej historii nie ma nic złego, typowe sprawy, a nawet troska o kogoś. 
Patrząc na to z pobłażaniem, stajemy się jednak mniej czuli na krzywdę, która czai się za tymi, często bardzo przykrymi, słowami.
Bo co tak naprawdę jest ukryte za tą nibytroską? Czy jest tam chęć słuchania i otwartość na prawdę tej drugiej osoby? Czy samo zadawanie tych pytań  jest na pewno troskliwe, skoro znamy odpowiedź i możemy spodziewać się zakłopotania?
Czy może stoi za tym bardziej chęć zaspokojenia ciekawości – bez dbania o czyjeś granice lub chęć narzucenia swojej prawdy – wizji życia? 

Ta świąteczna opowieść nie jest więc o trosce, a raczej o lęku – i nie mam na myśli lęku przed oceną, który odczuwa osoba, postawiona w ogniu krzyżowym pytań, ze strony tych, „którym się w życiu udało”. Tylko o lęku tych właśnie osób, którym wydaje się, że posiadają monopol na prawdę o życiu.
Bo o czym jest ten lęk?
To pytanie powinien sobie zadać każdy, kto kiedykolwiek rzucał przy stole takimi zdaniami.
To może być lęk o tym, że ten syn czy córka może chcieć czegoś innego od życia, czego sami rodzice być może nie rozumieją lub na co nigdy nie znaleźliby w sobie odwagi.  Czasem myślę sobie, że im bardziej natarczywe lub kąśliwe komentarze i pytania, tym większy ból i gorycz pod spodem, więc też może być i tak, że to lęk przed konfrontacją z sobą samym i niespełnionymi potrzebami, które kłują mocno, za każdym razem gdy patrzy się na tę jedną osobę w rodzinie. A może to też lęk przed utratą, wyznawanej racji stanu, jaką niesie ta jednak konkretna forma życia, na którą kiedyś powiedziało się to magiczne „Tak” przy ołtarzu (?)

Czy więc mamy prawo żyć inaczej niż chce tego rodzina, znajomi, „wujek dobra rada”? 

Każdy z nas ma prawo do zachowania i ochrony godności i szacunku, niezależnie od cudzych dobrych intencji, wrzucanych nam na siłę.
Więc tak, mamy prawo.
Czy jesteśmy przez to lepsi czy gorsi do kogoś?
Jeśli żyjemy inaczej,  to po prostu żyjemy inaczej – i tyle. Mamy do tego prawo i nie ma tu podstaw do krzywdzącej oceny czy wartościowania, dopóki nikomu nie dzieje się fizycznie krzywda. Jeśli jest to jednak tylko poczucie krzywdy, które odczuwa mama czy tata – bo nie tak sobie wyobrażali szczęście swojego dziecka, to są to tylko ich własne, niespełnione projekcje, nadzieje i oczekiwania. 

Recepta na szczęście

Niektórzy pytają: jak być szczęśliwym, skoro świat serwuje tyle możliwości? / Co wybrać, które z nich są wartościowe i dadzą szczęście? / Może to, co najprostsze i najbardziej znane jest najlepsze (?) I nie zaprzeczę, że jest w tym pewna logika, ale czasem bardzo zgubna, bo może być też tak, że ktoś jej po prostu nie czuje w swoim życiu, że to do niego zwyczajnie nie pasuje. Takie, siłą forsowane rady są wtedy jak forma agresji i próba zamachu stanu na czyjąś niezależność i podstawowe prawa. Prowadzą często w efekcie do smutku i poczucia bycia niepasującym lub nieakceptowanym.

Jeśli więc spotyka Cię niesprawiedliwa ocena bliskich czy przyjaciół nie tłumacz im swojego życia. Zapewne i tak tego nie zrozumieją, skoro zadają te pytania. Zamiast się tłumaczyć, zapytaj ich czemu o to pytają i co im to daje. Postaw im to lustro przed nosem, żeby mogli się w przejrzeć w swoim braku taktu, obawach czy lęku. Konfrontacja z sobą samym jest trudna i wymaga odwagi, więc może następnym razem pomyślą dwa razy, zanim zadadzą to jedno krzywdzące pytanie.
Bo Ty masz prawo do swojej prywatnej prawdy i realizacji potrzeb, wg siebie. Masz prawo przepuszczać przez własny filtr te wszystkie dobre rady i recepty na szczęście. Wolno Ci zadawać sobie pytania: Czy to jest moja prawda? / Czy sam się w tym widzę? / Czy to instrukcja mojego szczęśliwego życia, czy po prostu obsługi czyjegoś prywatnego lęku – przyjaciela, rodzica (?)
Nikt inny nie przeżyje za Ciebie Twojego życia i nikt, poza Tobą tak naprawdę nie zna recepty na to, czego Ci trzeba, byś był szczęśliwy.

… 

 

© 2026 Anna Policht-Książek. Wszystkie teksty na blogu są chronione prawem autorskim. Jeśli chcesz skorzystać z moich treści lub je zacytować, zapraszam do kontaktu.

 

Tagi: Anna Policht, Anna Policht-Książek, Psychologia blisko codzienności, Psycholog Kraków, psychologia szczęścia, szczęście, zgoda na siebie, prywatna prawda,  autentyczność, rodzinne mity, opowieść o szczęściu, szukać siebie

Udostępnij

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!