O wolności, której nie strawił ogień
Reszel, rok 1811.
Na wzgórzu płonie ostatni stos w Europie.
W ogniu ginie kobieta, Barbara Zdunk.
Oficjalny werdykt: czary.
Prawdziwy powód?
Zbyt niezależna, żyjąca według własnych zasad, kochająca młodszego mężczyznę, niedająca się zamknąć w ciasnych ramach tamtych czasów.
Zbyt odważna, zbyt zuchwała, nieokiełznana – ostatnia czarownica, której niemy krzyk przetrwał popioły stosu.
…
Cofnijmy się jednak do samych początków.
Do największych tekstów kultury, Biblii i mitologii.
W świętej księdze judaizmu i chrześcijaństwa pierwsza kobieta, Ewa, zwodzi Adama, podając mu słynne „jabłko Świadomości”, otrzymane od węża-szatana, sprowadzając tym samym na świat grzech i skazując na ból i cierpienie całą ludzkość.
W mitach greckich grozę budziły syreny, które swym magnetycznym głosem zagłuszały rozsądek mężczyzn do tego stopnia, że tracili zmysły, rozbijali statki o skały i tonęli.
A to tylko pierwsze, sztandarowe przykłady.
Skracając tok mrocznej historii można powiedzieć, że przez wieki kształtowano przekaz, że kobieca zmysłowość i magnetyzm to pułapka. Że kobiecy głos i piękno to demoniczna siła, która odbiera rozum. Kobieca natura stała się synonimem zagrożenia. A tak naprawdę, to kobiety przez stulecia były strażniczkami życia – znały tajemnice ziół, leczyły ciało, asystowały przy porodach i czytały naturę jak otwartą księgę. Gdy jednak męski świat postanowił skomercjalizować medycynę, naszą wiedzę uznano za zbrodnię. Jeśli leczyłaś bez zgody mężczyzny, leczyłaś za sprawą diabła. Do tego doszedł lęk przed naszą zmysłowością. Słynny, przerażający podręcznik łowców: Młot na czarownice grzmiał, że kobieca seksualność jest nienasycona i grzeszna. Jeśli miałaś odwagę wejść w romans, żyć poza schematem, albo – co gorsza – odrzucić zaloty kogoś potężnego, na przykład sędziego czy księdza, stawałaś się czarownicą. Twoje magnetyczne piękno, które elektryzowało mężczyzn, obracano przeciwko tobie. Twoje „nie” stawało się dowodem na rzucenie uroku, a ich własna słabość i pożądanie chowane były za dymem stosu. Płonęły na nich kobiety niezależne i zmysłowe, ale też wdowy, kobiety starsze, żyjące samotnie. Po egzekucji ich majątek bezlitośnie dzielono pomiędzy kata, sędziego i Kościół.
Barbara Zdunk też była taką kobietą – żyła bez męża, miała odwagę kochać nietypowo i radzić sobie sama. I za to właśnie skończyła na stosie, a finalnie, po latach, z jej tragedii zrobiono lokalną, jarmarczną atrakcję turystyczną.
„Kobieto, puchu marny”…
Kiedy ogień fizycznych stosów w końcu dogasł, metody systemowego uciszania kobiet stały się po prostu bardziej wyrafinowane. Przez kolejne stulecia odbierano nam głos w sposób usankcjonowany prawnie. Odmawiano praw wyborczych, możliwości studiowania, decydowania o własnym majątku, ciele i losach świata. Naszą intuicję i mądrość, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, zaczęto nazywać „babskimi zabobonami” lub „histerią”. Magnetyczne, potężne przewodniczki, które niegdyś stały na straży życia, natury i rytuałów, zostały zawłaszczone w służbie zaspokajania cudzych potrzeb. Kobiety pochodzące z wyższych sfer miały stać się cichym, pięknym eksponatem – milczącą, salonową ozdobą i miłym dla oka dodatkiem do mężczyzny, podczas gdy te uboższe stawały się bezimienną maszyną do reprodukcji i darmową siłą roboczą. Jedne i drugie pod żadnym pozorem nie mogły jednak stanowić o sobie. Uprzedmiotowienie kobiecej siły, zamknięcie jej w klatce pozornej delikatności lub wysługi i odebranie jej tej naturalnej, zmysłowej dzikości, to jedna z największych strat, jakie poniosła nasza cywilizacja. Przez wieki próbowano brać tę energię kawałek po kawałku, traktując kobiece emocje jak darmowy plac zabaw – oczekując zmysłowości, ale depcząc wszystko to, co z nią związane i wymykające się kontroli. I zasadniczo jest tak po dzień dzisiejszy.
Po co jednak ruszać taki temat?
Piszę o tym, dzisiaj, głównie dla nas, kobiet, byśmy zawsze pamiętały o tej energii, którą nosimy w sobie od wieków, a z którą przez stulecia świat radził sobie w brutalny sposób – próbując ją sukcesywnie uciszać i eliminować. Wiele z nas dzisiaj wątpi w siebie, podczas gdy w środku każdej z nas drzemie potężna moc, dzięki której pokonujemy życiowe przeszkody i kształtujemy przyszłe pokolenia. Tego głosu i siły nie powinnyśmy pozwalać nikomu zagłuszać.
Jako kobieta naturalnie jestem feministką – uwielbiam pracować, wspieram inne kobiety, najlepiej jak potrafię i cenię sobie własną niezależność myślową. Szanuję też mężczyzn, bo feminizm wcale tego nie wyklucza. Mam na myśli jednak mężczyzn, którzy prezentują zdrową, męską energię, bez deptania energii kobiecej – bez skazywania jej na ten stos, z poczucia lęku, o własne istnienie i siłę. Mężczyzn, którzy nie boją się też swojej wrażliwości i potrafią głośno powiedzieć, gdy mają z czymś problem, a bywa że pójść po pomoc, gdy życie ich czasem przerasta. Nie jest to żadna słabość, a raczej dowód prawdziwej siły – dojrzałej męskiej energii, która nie boi się ocen. Taka siła nie musi umniejszać kobiecie, by ocalić w sobie poranione poczucie męskości, nie musi też panicznie szukać schronienia w kobiecych ramionach, by uciec przed własną odpowiedzialnością – byle tylko nie musieć dorosnąć i samemu stawić czoła własnym demonom.
Ale wracając do kobiet…
Dzisiejsze stosy może i nie płoną ogniem – buduje się je jednak w dalszym ciągu z komentarzy, które aż płoną od ocen, krzywdzących etykiet i wtłaczania kobiet w sztywne, wygodne dla otoczenia role. Kiedy współczesna kobieta wykracza poza narzucony schemat, kiedy jest samodzielna mentalnie i życiowo, silna i odporna na manipulacje, mechanizm obronny świata odpala się natychmiast. Słyszymy wtedy, że jesteśmy zbyt męskie, niekobiece, dziwne czy trudne, a czasem nawet toksyczne lub agresywne. A jeśli kobieta dodatkowo nie posiada dzieci, świat potrafi mówić do niej bez ogródek, że jest niepełna, wybrakowana lub że nie jest prawdziwą kobietą – zupełnie jakby wartość kobiecości mierzona była wyłącznie wskaźnikiem biologicznej reprodukcji.
Co my, kobiety, możemy dzisiaj z tym zrobić?
Możemy mówić głośno o tym, co nas rani i czego potrzebujemy. Możemy stawiać granice tam, gdzie krzyczy o to nasza godność – w relacjach, w pracy, w każdym wymagającym tego kontekście. Możemy i powinnyśmy się wspierać nawzajem, w swoich życiowych sukcesach i trudach – umacniać swoją siłę. Nie atakować się wzajemnie, nie porównywać, nie dawać wciągnąć w tę – nieswoją tak naprawdę – dynamikę niefajnych ocen. Bo my wszystkie mamy w sobie ten magnetyczny oddech ziemi, który jest kolebką życia i który głęboko rezonuje z naturą. Nawet jeśli taka komitywa byłaby dla mężczyzn jak szum gęstego, ciemnego lasu, w blasku pełni księżyca – jak taki sabat czarownic, który ich przeraża, bo nie potrafią go okiełznać czy kontrolować.
Niektóre z nas mają tę kobiecą energię widoczną naturalnie. W innych została stłumiona – czasem deptano ją sukcesywnie od dzieciństwa lub jakiś mężczyzna gasił ten naturalny blask i ogień. Nie oznacza to jednak, że nie ma go w środku i nie oznacza, że jesteś gorsza czy wybrakowana, bo na przykład jesteś samotna, bezdzietna czy nie tak przebojowa jak te, które głośno eksponują swoją kobiecość. W tej Twojej miękkości, pod poczuciem zawstydzenia sobą, też tkwi piękna moc, w którą wystarczy po prostu uwierzyć i pozwolić jej przemówić własnym, unikalnym głosem.
Kończąc ten tekst w mniej refleksyjnym tonie dodam tylko, że w mojej pracy, ostatnio, kilka razy zdarzało mi się usłyszeć, że jestem czarownicą. Może też i dlatego dziś to wszystko napisałam… 😉 I w sumie, jakby się tak nad tym zastanowić, mogę powiedzieć, że faktycznie jestem trochę taką współczesną czarownicą. Kobietą, która mówi, kiedy czuje, że ma coś do powiedzenia, która uwielbia naturę i ceni swoją kobiecą energię. Nie zakładam co prawda spiczastych kapeluszy i nie latam na miotle, jak raczej żadna z nas – no, chyba że akurat sprzątam – ale staram się unosić ponad cudzymi opiniami, krzywdzącymi ocenami i ludźmi, którzy chcieliby widzieć w nas – kobietach – jedynie tymczasowe zabawki do karmienia własnego ego. I takie podejście polecam każdej z Was, bo daje wolność i prawo do bycia sobą. Mam oczywiście pełną świadomość, że gdybym żyła na początku XIX wieku, za same takie słowa pewnie skończyłabym na stosie, dzieląc los Barbary Zdunk i wszystkich tych, niewinnych kobiet. Nasze poprzedniczki własną krwią przypieczętowały dla nas tę wolność. I właśnie dlatego powinnyśmy z niej dzisiaj dumnie korzystać. „Echa swych przodk[iń] w swym sercu szukaj…”, jak nawołuje Pieśń dziedzictwa – bez poczucia winy, wstydu czy strachu, przed krzywym spojrzeniem kogoś, kto akurat jest obok i chce dyktować Ci jak masz żyć i czego Ci absolutnie nie wolno robić.
…
© 2026 Anna Policht-Książek. Wszystkie teksty na blogu są chronione prawem autorskim. Jeśli chcesz skorzystać z moich treści lub je zacytować, zapraszam do kontaktu.
Tagi: Anna Policht, Anna Policht-Książek, Psychologia blisko codzienności, Psycholog Kraków, psychologia kobiecości, stereotypy, emancypacja, patriarchat, siła kobiet, archetyp czarownicy, Barbara Zdunk, kobieca niezależność, los silnych kobiet
